niedziela, 6 grudnia 2020

28.11.2020 - Łosice - Rudnik - Łepki Stare - Suchodołek - Rogóziec - Sosenki-Jajki - Mordy (22.0 km)

Uczestnicy: Ula P., Artur K., Marlena F., Stefan Sz., Edyta O., Grzegorz B.  

Relacja Stefana Sz.: 

Ciężka próba wstania o 6,00....(udana). Wjazd z dworca Śródmieście, pociąg KM do Siedlec. Póki co jest 5 osób, jeszcze w majestacie prawa mieścimy się w limicie antycovid. Pociąg pustawy, można dyskretnie zdjąć namordnik. W Siedlcach przechwytujemy Edytę, to już nadkomplet, co wymaga wzmożenia czujności. Busikiem bezproblemowo do Łosic i już można na trasę - przedtem zwiedzanie miasta, tradycyjnie zaczynające się wizytą w sklepie dla uzupełnienia różnej maści zapasów. Miasto jest mocno rozkopane, ale fajny rynek. Niektórym marzy się poranna kawa, co jak wiadomo może być trudne w obecnych okolicznościach przyrody. W jednym z przybytków gastronomicznych negocjujemy zamówienie kawy i wypicie w odległości 2 m od bufetu, chociaż nie wiadomo, czy uda się wypić chociażby na ulicy. Pokrzepieni i rozgrzani udajemy się nad pobliski stawek w celu pierwszej degustacji płynów rozgrzewających. Rumuńska jabłkóweczka konkuruje z nalewką malinową (konkurencja nie zostanie rozstrzygnięta nawet w pociągu powrotnym). Robimy pamiątkowe zdjęcie przy zabytkowym kutrze, chociaż największe zainteresowanie wzbudza naklejona na nim kartka z napisem wyrażającym negatywną opinię o pewnym panu ze sfer rządowych. Pierwsze kilometry trasy nie są zbyt atrakcyjne, z braku innych możliwości musimy iść dość ruchliwą szosą, przydrożną atrakcją jest imponujących rozmiarów drzewo rosnące obok, tak wielkie że nawet trudno rozpoznać gatunek. Po dłuższych dywagacjach dochodzimy do wniosku, że jest to lipa, iście czarnoleska. Jeszcze mostek na rzeczce Tocznej i można wreszcie zagłębić się w las(przedtem jeszcze zdjęcie naszych łepków koło wsi Łepki). Las jest niestety monstrualnie zaśmiecony i niezbyt duży. Wkrótce miejscowość Łepki Stare – jest tu tablica upamiętniająca zrzuty sprzętu dla partyzantów z BCh podczas wojny. Zagaduje nas miejscowa babcia, mówi o łosiach i dzikach, urządzających ostatnio wizyty we wsi, potem opowiada o dowódcy partyzantów odbierających wspomniane zrzuty(mieszkał do końca życia w tej wsi, zmarł niedawno), ale nie wyraża się o nim zbyt pochlebnie. Niezręczne wypytywać o szczegóły, ale twierdzi tylko, że „to niedobry był człowiek”. Teraz już przed nami bezkres mazowieckich pól, zeszpeconych niestety jakimiś halami czy raczej fermami, sądząc po zapachu. Popas w niewielkim lasku w zapadającym zmroku, naleweczka oczywiście, i wsie Wypychy, Roguziec, Sosenki...Zaznacza się jakoś brak mocnego akcentu w tym dniu, ale spożyte naleweczki i przebyte kilometry widać robią swoje, więc pada propozycja komponowania tekstów z wyrazami wyłącznie na literę „m”, na cześć miasta Mordy, ostatniego na trasie. No i rusza lawina twórczości. Nie sposób zapamiętać wszystkiego, ale tak z co pikantniejszych tekstów, cytując z pamięci: „ młode mężatki mistrzowsko masujące muskuły miejscowych mężczyzn musem malinowym „ „.mnóstwo miłych momentów, mało meneli, mili młodzieńcy,mądrzy mieszkańcy-mędrkujący miejscami” „ miłe miasto Mordy mami mnóstwem możliwości „ „miłe masaże miejscowych mężatek” i wiele innych, nowe propozycje mile widziane. Ostatni odcinek wypada szosą, w ciemności i zaczynającym padać śniegu. Twórczość pod wezwaniem litery „m” towarzyszyć nam już ma do końca. O dziwo, naruszając wieloletnią tradycję, docieramy na stacje ponad dwie godziny przed czasem. Czymś się trzeba zająć, idziemy więc na posiłek do pobliskiej stacji benzynowej, a następnie na zwiedzanie miasta Mordy. Z ciekawostek są tu tajemniczo majaczące w ciemności ruiny pałacu i nieco dziwny pomnik na rynku, przedstawiający zagadkową postać kobiety dosiadającej niedźwiedzia, w koronie, i rozkładającej ogromne ręce. Sesja zdjęciowa w sypiącym śniegu i do pociągu. Miły pan konduktor twierdzi, że pierwszy raz widzi tak dużą grupę ludzi w wagonie(?). Przesiadka w Siedlcach, pożegnanie z Edytką i już w prawie pustym pociągu do Warszawy, gdzie dalszy ciąg rywalizacji jabłkówka – malinówka, z toastem za powodzenie odbywającej się w Warszawie kolejnej demonstracji kobiet. I już Warszawa – Śródmieście i koniec przedostatniej zapewne w tym roku wyprawy.

 

Nasza grupa na tle zabytkowej łodzi Ełki, skonstruowanej pod koniec lat 50. XX wieku. To podobno jedyny zachowany egzemplarz. 

 

Dzisiaj od polityki nie da się uciec nawet w Łosicach... 

 

Malowniczy zalew w Łosicach. Zdjęcie Uli. 

 

Kościół p.w. św. Zygmunta w Łosicach wybudowany na początku XX w.  

 

Wyjątkowy przykład pomysłowej utylizacji pobożnych odpadów... 
 
Chwila przyjemności nad zalewem. Artur przygotował nie lada atrakcję: rumuńską jabłkówkę!
 
Okolice wsi Rudnik. Rzeczka Toczna.



Okolice Suchodołka. Zdjęcie Uli.

Ponure mazowieckie krajobrazy... Wszyscy tak je kochamy. Zdjęcie Uli.

Od błotnistych dróg nie możemy się dziś uwolnić. Zdjęcie Uli.

Mordy, pięknie odnowiony rynek. A na rynku dziwny pomnik, którego przesłania do końca nie rozumiemy. Zapewne odwołuje się do miejscowych legend... Zdjęcie Uli.



Piękny rynek w Mordach w śniegu. Zdjęcie Uli.







sobota, 31 października 2020

24.10.2020 Dęblin - Stężyca - Kletnia Stara - PKP Życzyn (19.8 km)

 

Uczestnicy: Grzegorz B., Magda G,.Asia P,. Marlena F., Ula P., Artur K., Łukasz P., Stefan S.


Stefan Sz. zwany Tyćkiem pisze:

O godz. 8,00 spotykamy się na dworcu Centralnym, jeszcze przed rozpoczęciem trasy łamiąc kilka (nawiasem mówiąc, mało sensownych) tzw. obostrzeń antycovidowych. Od dzisiaj nie można urządzać zgromadzeń większych, niż 5 osób. Jest nas póki co siedmioro (potem dołączył i zaczyna się nerwowe rozglądanie, której to dwójki jest za dużo, a i umaseczkowienie grupy przedstawia co nieco do życzenia. Pociąg jedzie z Bydgoszczy, na szczęście przyjeżdża punktualnie. Pakujemy się do trochę pustawego wagonu, można dyskretnie zdjąć namordnik (sorry, maseczkę). Dojeżdżamy szybko,pogoda jest na granicy deszczu, ale w Dęblinie na szczęście nie pada. Koło dworca duża restauracja, w której kiedyś biesiadowaliśmy z grupą Grzesia R. na zakończenie„Polesia”. Dziś nie pobiesiadujemy  (obostrzenia antycovid, cholera), o porannej kawie można zapomnieć.

Nieco dalej dwa duże, stare drewniane budynki. Być może pozostałość po przedwojennych Żydach, którzy budowali w małych miasteczkach takie domy przeznaczone do zamieszkania przez kilka rodzin. W okolicach Warszawy można je jeszcze zobaczyć m.in. w Józefowie i Mińsku Mazowieckim.

W planach mamy zwiedzanie Starówki i pozostałości Twierdzy Dęblin, który zwał się wtedy Iwangorodem. Do Starówki nam nieco”nie po drodze”, kończy się więc na twierdzy. Ponieważ ciągle urzęduje tam wojsko, możemy obejrzeć przez płot tylko mały fragment – na jednym z budynków widzimy ciekawy element architektoniczny, oryginalny ornament otaczający okna. Aparaty idą w ruch, trochę ryzykownie, bo to jednak wojsko, o czym świadczą stojące za płotem przyrdzewiałe transportery pływające TOPAS. Potem pierwsza naleweczka - jest co świętować-urodziny Kierownika, imieniny dwóch dziewczyn i zdobycie licencji pilota (przez niżej podpisanego). Kolega Kierownik obowiązkowo zapodaje z przewodnika podstawową wiedzę o tym, czym tu się należy zachwycać.

Opuszczamy miasto kierując się w kierunku Wisły i czerwonego szlaku wiodącego wałem przeciwpowodziowym. Po drodze jeszcze fragment twierdzy i tylko wał, wał, wał...Trochę ten wał musiał się rzucić uczestnikom na głowę, bo zaczynają się harce i swawole na wale – jakoś motyw wału nie chce się od nas odczepić. W końcu pada propozycja żeby pokazać na wale wała [.....](autocenzura), co ochoczo czynimy. Jakby w nagrodę, zaczyna się wypogadzać i pokazują wspaniałe widoki: szeroko rozlana Wisła z malowniczymi wysepkami, po drugiej stronie rozległe łąki z ogromnymi drzewami w kolorowej, jesiennej szacie. Krótki postój nad brzegiem Wisły, dość błotnisto, autor zaliczył dachowanie na błocie jeszcze przed kolejną naleweczką. Wreszcie Stężyca – schodzimy z wała, to znaczy, sorry, z wału, w kierunku miasteczka, gdzie do obejrzenia są dwa kościoły: Jeden z nich to XV-wieczny późny gotyk, dość monumentalna budowla, niestety nie da się zajrzeć do środka (zamknięte z powodu covida?). Drugi, XVIII-XIX w. jest niezbyt ciekawy architektonicznie, za to z budzącym nieco dziwne skojarzenia pomniczkiem Matki Boskiej, ona chyba tylko depcze węża, ale już autor tego dzieła coś widać niespecjalnie ruszył głową.

Opuszczamy ostatni na trasie przybytek cywilizacji i zagłębiamy się w las Borki. Nareszcie przestaje obowiązywać antycovid i przyjemny jest widok twarzy nie przysłoniętych szmatami, t.j. maseczkami. Las nie jest zbyt duży ale urokliwy. Udaje się znaleźć kilka grzybków, wkrótce wieża widokowa,a może myśliwska, za nią rozległe łąki aż po horyzont. Do tego pełne słońce, absolutna blacha! Zalegamy na skraju pola kukurydzy, naleweczka oczywiście, plus szybka herbatka i dalej wałem....to znaczy groblą (ciekawe, jak motyw wału zdominował ten dzień), wśród typowo mazowieckich krajobrazów, z wierzbami na miedzach, laskach, piaseczkach, pastuszkami z krowami...No cóż, właśnie minęliśmy granicę województwa mazowieckiego... Słoneczko lirycznie zachodzi...Mijając wieś Kletnia Stara, piaszczystym pagórkiem podążamy już prosto do Życzyna. No, może nie do  końca prosto. Wygodna droga, widoczna również na carskiej mapie z 1915 r., niespodziewanie skręca, co w zapadającym zmroku zmusza nas do krzalowania po bezdrożach, a godzina odjazdu pociągu zbliża się nieubłaganie. Na szczęście obok biegnie wał....nie, naprawdę przepraszam, nasyp kolejowy, który doprowadza już prosto do stacji Życzyn. Do odjazdu pociągu zostało 5 min. - zdaje się, że zdążanie na pociąg w ostatniej chwili jest już tradycją (nie tylko tej) ekipy. W pociągu jeszcze incydent medyczny konduktorki z dwoma pijaczkami, co nawet zmusza do interwencji naszą Kochaną Panią Doktór, t.j. Marlenkę oraz policję, wskutek czego nasz pociąg ma „tylko” pół godziny godziny opóźnienia.. Dalsza jazda przebiega już bez problemów, za to oczywiście z dyskretną naleweczką. Zakończyła się wyprawa, a wraz z nią mój debiut w ekipie PPM.

 

Jesteśmy na dworcu w Dęblinie. Nie ulega wątpliwości, że zgodnie z właśnie wprowadzonym przepisem prawnym jest nas za dużo...

 


Stacja Dęblin (zdjęcie Tyćka) 


Orientalne ornamenty budynku z kompleksu twierdzy Dęblin (zdjęcie Tyćka)


 Proszę Państwa - oto dereń! (zdjęcie Tyćka)

 

Nasz kolega zdobył licencję pilota! Pierwszy toast pijemy za jego sukces!

 

Fragmenty twierdzy Dęblin widoczne z wału


Wisła w okolicach Dęblina


Podążamy wałem w kierunku Stężycy

 

Harce i swawole na wale! (zdjęcie Tyćka)


Na wale... (zdjęcie Tyćka)


...pokazujemy wała sami wiecie komu!


Sielankowa dolina pod Stężycą


Malownicze wierzby pod Stężycą
 

Okolice Stężycy
 
 
Wał się skończył. Czas na chwilę ciszy (zdjęcie Tyćka)
 

Trzcina i rybak (zdjęcie Tyćka)


Kościół p.w. Świętego Mikołaja Biskupa w Stężycy
 

Niepokojąca Matka Boska przed kościołem w Stężycy
 

Kościół p.w. Przemienienia Pańskiego w Stężycy
 
 
Kot może zostać...(zdjęcie Tyćka)

 
Nareszcie w lesie! (zdjęcie Tyćka)


Piękny las pod Stężycą
 

Kolejne kilometry - kolejne toasty! (zdjęcie Tyćka)


W stronę Kletni Starej. Kolejny wał...


Mazowieckie wierzby


Znowu wierzba. Znowu mazowiecka.









środa, 6 lutego 2019

20.01.2019 - Dziarnów - Świdno - Michałowice - Stamirowice - Tomczyce - Gostomia - Pobiedna - Nowe Miasto nad Pilicą (22 km)


Uczestnicy: Grzegorz B., Artur K., Joanna P. (w pewnym, niebanalnym sensie), Ula P.

Wpis Artura:

Drugi dzień to nowa wycieczka, nowe wyzwanie. Obudzeni przez miłego sąsiada, którego córeczce, Oliwii, obiecano przejażdżkę po wsi końmi mechanicznymi, czyli mazdą, wdaliśmy się w dalsze rozmowy o niełatwym życiu, pogryzając śniadanie, i dochodząc w ten sposób do siebie po wzruszającej gali wieczornej. Słoneczny dzień zachęcał do spaceru ale my bardzo spokojnie, nie poddając się tyranii czasu, wyruszyliśmy około południa ma obchód wsi, badając rozlewiska Mogilanki, stary zburzony młyn i piękne położenie na zboczu doliny. Następnie, skąpani w słońcu, wyruszyliśmy w stronę Świdna, gdzie już z oddali wspaniale prezentuje się pałac, początkowo Świdzińskich, w międzyczasie Stadnickich, a ostatnio Bonieckich, którego budowa ruszyła w 2 poł. XVIII w. Jest on barokowo-klasycystyczny, pięknie położony na skraju doliny Pilicy, otoczony XIX-wiecznym parkiem, i aktualnie na sprzedaż. Odnowiony ponoć na pocz. lat 90-tych obecnie nie zdradza zbyt wielu śladów renowacji. Dalej maszerując dotarliśmy do Michałowic, gdzie w pobliskim sklepie dowiedzieliśmy się od jego stałych bywalców, o marnych kolejach losu rzeczonego pałacu, który długie lata niszczał, potem przejęty przez Instytut Chemii Fizycznej PAN przeżywał okres świetności a po przełomie ustrojowym znów podupadł… No nic, tylko się napić – co też uczyniliśmy. Michałowice są malutkie, ładnie położone i mają ciekawy kościół, który równie dobrze może być z pocz. XVII w. jak i XX w. Przyczajony zabytek… Dalsza droga wysokim brzegiem doliny Pilicy powiodła nas do Tomczyc, gdzie stoi zgrabny, XIX-wieczny pałac Bonieckich, w którym mieści się dom pomocy społecznej. W jego otoczeniu powstały kolejne budynki służące temu zbożnemu celowi. Okolicznością sprzyjającą było oddanie przez księdza Adama, redaktora-seniora „Tygodnika Powszechnego”, odzyskanego majątku na te właśnie cele społeczne. Vivat!  W związku z wykształconym zwyczajem naszej grupy udaliśmy się na most prowadzący przez Pilicę i podziwiając rzekę, łabądki przycumowane u jej brzegu, wychyliliśmy kilka toastów za dobroczynność, za polskie rzeki od morza do morza itp. podniosłe wartości. Ponieważ wkrótce miało się zmierzchać ruszyliśmy dalej i niebawem, już po ciemku zaliczyliśmy kolejny mostek, na Gostomiance, a właściwie nad malowniczymi stawami powstałymi ze spiętrzenia jej nurtu, chwilę wcześniej mając okazję obejrzeć z zewnątrz bardzo ładny i zadbany pałac Gostomskich w Gostomii, skąpany w świetle księżyca, który obchodził właśnie wigilię pełni. Siedziba ta jest wielce starożytna, pierwszy budynek, prawdopodobnie strażnica, powstał już w XIV w. Obiekt kilka razy zmieniał właścicieli, a ostatnia przebudowa miała miejsce w XIX w. (kiedy właścicielami byli Jackowscy), w XX w. zaś dobudowano kilka innych budynków, zarówno przyległych, jak i wolno stojących. Całkiem przyjemna i świetnie położona posiadłość. Trasa nasza nieuchronnie zmierzała ku celowi, jakim było Nowe Miasto nad Pilicą. Nieprzerwana kariera tego grodu, od osady neolitycznej poczynając, na niedoszłym polskim Hollywood kończąc (plany wybudowania ogromnych studiów filmowych), sprawiła, że nasze drogi już kilka razy prowadziły przez to miasto – i nie raz jeszcze poprowadzą. Czas pozwolił nam niestety tylko na spożycie posiłku w restauracji i złapaniu przedostatniego autobusu do Warszawy. Żegnamy Nowe Miasto z łezką w oku i wołamy w ciemność: ahoj przygodo!



Rozlewiska Mogilanki w Dziarnowie



Pałac w Świdnie



Front pałacu



Urokliwe Michałowice



Pilica w Tomczycach



Tył pałacu w Tomczycach



Niemal pełnia na drodze do Gostomii



Pałac w Gostomii


19.01.2019 - Broniszew - Goszczyn - Tąkiele - Sielec - Dylew - Jastrzębia - Kaplin - Dziarnów (21 km)


 Uczestnicy: Grzegorz B., Artur K., Joanna P. (udział specyficzny, niepartycypacyjny, lecz nie tylko duchowy), Urszula P.


Wpis Artura:

Wycieczka – pierwsza w nowym roku – miała charakter szczególny. Mimo, że pierwsza to jakby jeszcze trochę ostatnia. Towarzyszyły jej bowiem myśli o całym ubiegłym roku i naszych mazowieckich (i nie tylko) peregrynacjach, których mocnym akcentem, pieczęcią potwierdzającą udział, znój i osiągnięty wynik, miała być wieczorna gala, czyli uroczystość wręczenia nagród dla najwybitniejszych łazęgów, i podsumowania w iście statystycznym stylu przebytych w minionym roku kilometrów, tras i wypitych napojów wzmacniających.
Dwudniową wycieczkę zaczęliśmy w oklepanym już miejscu, gdzie jak zwykle z trudem się odnaleźliśmy, a mianowicie w hali Dworca Zachodniego autobusowego. Kiedy już się rozpoznaliśmy i potwierdziliśmy niezłomną wolę przejścia kilkudziesięciu kilometrów udaliśmy się na autobus jadący w kierunku Radomia i zakupiliśmy bilet do Broniszewa. Było szaro i mglisto ale jednak wysiedliśmy na właściwym przystanku, chociaż nie było to łatwe ponieważ postęp cywilizacyjny sprawił, że wszystkie drogi teraz są trasami szybkiego ruchu, odpicowanymi na jedno kopyto a przystanki niczym się między sobą nie różnią. Dla uspokojenia i zebrania myśli pokosztowaliśmy jarzębiaczku i rozejrzeliśmy się po wsi, która od pocz. XVI w. była własnością plebanów kościoła w pobliskim Goszczynie, do którego udaliśmy się w nadziei, że zobaczymy wiele ciekawych rzeczy. Po dojściu do tego sławnego onegdaj miasta, lokowanego na prawie chełmińskim w 2 poł. XIV w., wchodzącego w poczet miast królewskich, którego rozkwitowi położył kres dopiero potop szwedzki, zrobiliśmy przystanek przy kościele, który okazał się świątynią pobudowaną na początku XX w. wg projektu Stefana Szyllera, bardzo ładną i okazałą, w przeważającej mierze neorenesansową, z lekka neoklasycystyczną, odrobinę tylko neogotycką. Podczas owego popasu piszący te słowa skonstatował brak aparatu fotograficznego i wytypował miejsce w którym mogło dojść do rozstania ze sprzętem. Zostawiwszy koleżankę Ulę na pastwę pokus w piekarnio-cukierni gdzie był jeden tylko stolik, który spokojnie na nas czekał, żwawym krokiem udaliśmy się na poszukiwania. Dochodząc do miejsca gdzie mieliśmy poprzedni postój zobaczyliśmy ludzi karczujących pobocze drogi i zapytaliśmy ich czy nie znaleźli aparatu. Okazało się, że tak i oddali go na przechowanie pobliskiemu gospodarzowi. Aparat się odnalazł (w związku z tym parę zdjęć zostanie dołączonych do opisu) a mojej radości i wdzięczności nic nie zdoła opisać. Serdecznie dziękuję panom z okolic Goszczyna, którzy ocalili mój aparat i utwierdzili mnie w wierze w ludzi! Kiedy wróciliśmy do cukierni uczciliśmy oczywiście ciastkami i kawą odzyskanie sprzętu. Morał z tego taki, że nie należy narzucać zbyt dużego tempa spożycia napojów wzmacniających, lub przynajmniej nosić aparat na szyi i z nim się nie rozstawać… Pokrzepieni na ciele i duchu ruszyliśmy w stronę Dylewa, przez Tąkiele i Sielec, mijając po drodze smutne sady pełne nie zebranych jabłek, niektóre z nich nawet wykarczowane i zwalone na ogromne kupy oznaczające definitywne poddanie się i zapewne chęć przestawienia na innego rodzaju uprawę. Pogoda była bardzo ładna, znaczne prześwity nieba i od czasu do czasu wyłaniające się słońce, przy temperaturze w okolicy zera, sprawiały że szło się przyjemnie i wesoło. W Dylewie zobaczyliśmy dwór Jackowskich, XIX-wieczny, charakterystyczny bardzo albowiem niedokończony, z brakującym skrzydłem. Znakomicie odremontowany. Ponieważ dochodziła już czwarta po południu zaczęliśmy się kierować w stronę Dziarnowa, miejsca naszej gali i noclegu. Pokierowani w Nowej Jastrzębi być może bezpieczną ale bardzo okrężną drogą, zaczęliśmy wypytywać o jakiś skrót przez las i rzeczkę Mogielankę. Przesympatyczni ludzie, którzy udzielili nam stosownej informacji wybierali się właśnie samochodem do Mogielnicy na mszę i zaproponowali że podwiozą nas (było już całkiem ciemno) do celu. Z wielką wdzięcznością i radością przystaliśmy na to i – zachęceni przez nich – opowiedzieliśmy kim jesteśmy i co tu robimy. Dowiedzieliśmy się też, że nasi wybawcy są właścicielami restauracji Trattoria Numero Uno w Mysiadle – i stało się jasne, że przy najbliższej okazji odwiedzimy restaurację i przywitamy się z przemiłym małżeństwem, które ryzykując kose spojrzenie proboszcza, pomogło nam spóźniając się na mszę świętą. Ich dobry uczynek rozświetlił nam ciemną styczniową noc. Dziękujemy!
Dom Wujka Uli okazał się przytulny, gościnny, duży i gala mogła się odbyć bez przeszkód. W międzyczasie dojechała do nas sportową Mazdą Asia i zrobiło się jeszcze cieplej i weselej, i wcale nie tylko dlatego że przywiozła wyborne wino hiszpańskie. Zapowiadane stroje galowe – suknie i garnitury – okazały się wymogiem rzeczywistym, nie żartem, jak dotąd myślałem. Po zobaczeniu gołych pleców Uli, głębokiego dekoltu Asi i Grzegorza w garniaku i pod krawatem nie miałem już co do tego żadnych wątpliwości – to dzieje się naprawdę. Jednak przyjaciołom należy wierzyć, choćby wygadywali największe głupstwa! Zażenowany niepomiernie pożyczyłem od Pana Wujka Leszka marynarę. Przepaść między wypindrzonym towarzystwem a moimi złachanymi sztruksami nie została ani trochę zasypana, niestety… Grzegorz podsumował miniony rok wycieczkowy – twarde dane liczbowe były imponujące. Nagrody książkowe zostały wręczone. Napięcie powoli ustępowało, m. in. dzięki przemiłemu sąsiadowi Wujka Leszka, który odwiedził nas i snuł swoją opowieść. Takie spotkania z ludźmi są najfajniejsze. Dziękujemy za spotkanie i za dobre słowo! Posileni i napojeni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Śniło nam się naszych 26 ubiegłorocznych wycieczek.



 Kościół w Goszczynie



W drodze do Dylewa - smętny obraz niedokończonego cyklu...



Gdzieś we wiosce, przechodniu pomódl się za nas i za siebie...



Dwór w Dylewie



To jest gala, o przepraszam - Gala, z prawdziwego zdarzenia!



Pan Leszek, wspaniały gospodarz i kochany Wujek Uli :))



 Padały liczby, zestawienia, daty. Niestety nie byłem w stanie się skupić :)))