niedziela, 1 lipca 2018

16.06.2018 - PIĘĆDZIESIĄTKA W KUJAWSKO - POMORSKIM: Tuchola - Rudzki Młyn - Jezioro Gwiazda - Jezioro Wielkie Cekcyńskie - Wełpin - Kosowo - Rykowisko - Błądzim - Kozi Borek - Siemkowo - Kawęcin - Budyń - Jarzębieniec - Plewno - Blechowo - Dólsk - Mały Dólsk (51.6 km)

Uczestnicy: Grzegorz B., Artur K., Joanna T., Ula P. 

Wpis Uli:

Jak co roku czerwiec, długi dzień, zatem czas na "pięćdziesiątkę". Tym razem wybór pada na kolejne z sąsiadujących z Mazowszem województwo kujawsko - pomorskie.
Z licznymi przygodami komunikacyjnymi po drodze, późnym piątkowym wieczorem, już po 10-ciu godzinach od wyjazdu z Warszawy, jesteśmy w Tucholi! Miasto skąpane ciepłym światłem latarni robi na nas naprawdę dobre wrażenie. Po krótkim spacerze na rynek ruszamy na nasz nocleg w Rudzkim Młynie. Kolacja, opracowanie strategii na sobotnią trasę, szybki przegląd osiągnięć i porażek z drugiego dnia mundialu i czas udać się na krótki i intensywny wypoczynek.
Budziki nastawione na 5.00.
Jemy śniadanie, pijemy kawę, niektórzy drugą kawę, cieszymy się przy tym słońcem delikatnie wychylającym się zza chmur i nieśmiało zaglądającym na nasz stół... Ten uroczy zaspany poranek zaburza tylko nieco zapach gnojówki zza okna, którym gospodarz postanowił nas uraczyć o 5.30 nawożąc kwiaty.
O 6.15 już jesteśmy na progu - gotowi na wielką przygodę! Kilka pamiątkowych zdjęć i ruszamy.
Przechodzimy przez Rudzki Młyn i pierwsze parę kilometrów zasuwamy wzdłuż rozkopanej szosy. Idzie nam niezwykle szybko! Ruch o tej porze nie jest zbyt duży, jednak gdy skręcamy w leśną drogę, odczuwamy ulgę. Wreszcie Bory Tucholskie!
Nasza trasa biegnie pięknym, jasnym, sosnowym lasem, po czym przesmykiem między Jeziorem Miały a Jeziorem Gwiazda. Jest naprawdę cudnie! Cisza, spokój, lekki wietrzyk, śpiew ptaków. Ktoś z mieszkańców zażywa porannej kąpieli, ospale pływając w jeziorze... A może by tak tu zostać? Jednak rozsądek bierze górę - przed nami jeszcze ponad 40 km marszu, także ruszamy dalej. Przy następnym jeziorze, Wielkim Cekcyńskim, odbijamy delikatnie od naszej trasy, by zrobić pierwszy postój. Rozsiadamy się pod drzewem przy piaszczystym zejściu do wody. Toczymy żywą dyskusję na temat medycyny chińskiej i jej podejścia do żywienia. Patrzymy w bezkres naszego "Tucholskiego Bajkału", pluskające się w nim perkozy i rodzinę dzikich kaczek. Chiny Chinami, ale ta woda jest tak rześka i tak pociągająca... Plusk! Czas na kąpiel - takiego miejsca nie można odpuścić. Bosko!
Kilka minut po ósmej ruszamy w dalszą drogę. Kierujemy się na południowy-wschód. Przemierzamy kolorowe pola kukurydzy i żyta. Towarzyszy nam intensywny śpiew skowronków. Co jakiś czas pojawia się w oddali para żurawi. Do lasu umyka też zaniepokojony przez nas jelonek. Przechodzimy przez Wełpin, gdzie przy malowniczym ogródku pełnym uli, spod lip obsadzonych wzdłuż naszej drogi, dochodzi bardzo intensywne brzęczenie pracujących pszczół. Za Wełpinem kierujemy się na północny-wschód. W drodze do Kosowa nasze dyskusje schodzą na tematy polityczne. Rozważamy jaki wystarczy mieć poziom inteligencji i jak mądrym należy być człowiekiem, aby uzyskać stopień naukowy na Wydziale Prawa, a jaki na innych wydziałach. Niestety nasze wnioski nie są zbyt optymistyczne, zatem staramy skoncentrować naszą uwagę na otaczających nas okolicznościach przyrody. Na szczęście na horyzoncie pojawia się kolejny żuraw! Dość niepokorny model, ale poświęcamy trochę czasu, aby uchwycić go w naszych obiektywach. Mijamy stary ceglany domek z zamurowanymi kilkoma oknami. To już nie pierwszy raz takie zjawisko w tej okolicy i jak się okazuje do końca trasy zamurowane okna wystąpią jeszcze niejednokrotnie. Nadal nie wiemy skąd taki trend.
Za Kosowem zanurzamy się na dłuższy czas w sosnowo-brzozowym lesie. Kierujemy się razem z żółtym szlakiem na południowy-wschód. Kiedy nasze drogi muszą się rozejść, postanawiamy urządzić postój. Dochodzi 10-ta. Patrzymy na mapę i nadal nie możemy uwierzyć w to, jak dobre mamy tempo. Jak tak dalej pójdzie, to obiad w Karczmie w Błądzimiu bedziemy musieli zjeść przed 12-tą! Na to nie możemy pozwolić. Rozsiadamy się zatem i jemy drugie śniadanie. Artur wybiera batona energetycznego. Od razu się ożywia! Do tej pory żałował, że w przeciwieństwie do nas nie wypił rano żadnej kawy. Posileni i wypoczęci żegnamy się z żółtym szlakiem i ruszamy dalej na południowy-wschód. Podziwiamy piękny las, w którym sosny walczą o dominację nad brzozami. Często skutecznie. Przyglądamy się licznym pajęczynom uwitym na kępkach pożółkłych traw. Docieramy do Leśnictwa Lubiewice. Domek znajduje się głęboko w lesie, kilka kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji. Rozważając jak bardzo duży wpływ na życie dziecka ma urodzenie się w takim właśnie miejscu i jak go to determinuje, idziemy dalej naszą drogą na południowy-wschód. Wydaje nam się, że naszą...
Po pewnym czasie droga zaczyna powoli zanikać, po czym zupełnie ginie. Postanawiamy iść na azymut. Las nie jest gęsty, a mniej więcej wiemy gdzie się znajdujemy. Dzięki tej decyzji nasza droga staje się bardziej urozmaicona. Mijamy dwie nory, podejrzewamy, że borsucze - jedną w lesie, drugą niewiele dalej - na obszarze zrębu drzew. Za zrębem czeka nas jeszcze przekroczenie olbrzymiego wyschniętego bagna, pełnego pokrzyw i komarów. Dla mnie i Artura oraz naszych gołych łydek nie jest to przyjemny odcinek trasy. Czujemy się jak w tropikach, gdyż do roślinności dochodzi jeszcze niezwykła parność tego miejsca. Na szczęście za bagnem wchodzimy w piękne brzeziny przeplecione wysokimi soczysto zielonymi trawami. Docieramy wreszcie do drogi prowadzącej nas na szosę Tuchola - Błądzim. Mijamy ambonę i szczęśliwie wychodzimy z naszego chwilowego zagubienia. Na szczęście nazwa miejscowości do której zmierzamy do czegoś zobowiązuje! Zbłądziliśmy na tyle, że powoli zaczynamy już odczuwać głód i wielką chęć dotarcia do karczmy. Jeszcze ok.3 km marszu wzdłuż szosy i będziemy na miejscu.
Tym razem niestety nie jest tak przyjemnie jak rano. Jest już cieplej, ruch na trasie bardzo duży - co chwila mijają nas pędzące samochody i ciężarówki. Idziemy gęsiego mijając a to rozjechaną sikorkę, a to zastrzeloną łanię, a to pisklaczka, który nie dożył swojej dorosłości... Okropność.
Zostawiamy za sobą również drogowskaz na Rezerwat Cisów Staropolskich im. Leona Wyczółkowskiego. Niestety nie zdążymy dzisiaj go zwiedzić - pozostaje na następny raz. Przed torami czekamy kilka minut, aż przejedzie pociąg towarowy (linii: Kościerzyna - Bydgoszcz) wiozący kilkadziesiąt wagonów drewna sosnowego. Zaraz za torami, na szczęście, chyba aby osłodzić nam ten koszmarny odcinek, stoi dziewczyna ze stoiskiem z miodami. Ma również grzyby, soki, przetwory, ale nasza uwaga skupia się na różnorodnych miodach! Próbujemy m.in. czarnego bzu, czeremchy, wrzosu, lipy, sosny. Bardzo trudny wybór, ale w końcu decydujemy się na dwa słoiki - Artur na czarny bez, a Grześ na wrzos. Mijamy zabudowania Rykowiska i ok. 13-tej docieramy wreszcie do karczmy. Posilamy się pierogami i kotletem de volaille, wypijamy piwa i kawę. Wzmocnieni i wypoczęci ruszamy w dalszą drogę.
Według precyzyjnych wyliczeń pozostała nam do przejścia jeszcze mniejsza połowa!
Docieramy do centrum Błądzimia, gdzie witają nas dwa sklepy. Pod jednym z nich postanawiamy zrobić przerwę na deser. Rozsiadamy się na schodach i delektujemy lokalnymi przysmakami. Na pierwszy ogień idzie babeczka z kremem kajmakowym. Jest znakomita, więc dokupujemy następną. I do tego roladę z kremem śmietankowym i malinami. Istna rozkosz! Po tej wspaniałej uczcie powoli zaczynamy toczyć się dalej...
Przemierzamy kolejne pola, a Grześ próbuje opanować umiejętność robienia zdjęć tabletem, który pojechał z nami po raz pierwszy ze względu na mundial. O ile do śledzenia relacji z piłki kopanej sprzęt nadaje się znakomicie, o tyle jako aparat nie spełnia grzesiowych wymagań. Wzdłuż naszej drogi ciągną się teraz olbrzymie pnie starych lip. Jak zwykle widok dziedzictwa pozostawionego przez piły p. Szyszki wywołuje w nas ogromny smutek i złość. Na szczęście jest promyk nadziei, bo z pni wyrastają kępy nowych soczysto zielonych gałązek. Jeszcze 200-300 lat i wszystko wróci do normy.
Przechodzimy przez Kozi Borek i kierujemy się na południowy-wschód. Tuż przed Siemkowem urządzamy krótki postój. Powoli zaczynamy już czuć te trzydzieścikilka kilometrów w nogach.
Gdy wychodzimy z Siemkowa napoykamy sklep. Nie jesteśmy głodni, bo nadal czujemy nasze błądzimskie obżarstwo. Nie jesteśmy zmęczeni, bo mieliśmy postój 15 minut temu. No ale sklep to sklep. Jak już się zdarza na naszej trasie, to trzeba wejść. Postanawiamy kupić jedno piwo. Wypijamy je wspólnie pod sklepem i ruszamy dalej w stronę Kawęcina. Już nie możemy się doczekać neobarokowego dworu, który tam na nas czeka.
Kiedy docieramy na miejsce najpierw mijamy olbrzymią mleczarnię i kilkadziesiąt szczęśliwych krów. Na horyzoncie majaczy nam nieśmiało wieża z zegarem. Z daleka dwór wydaje się być bardzo nietypowy. Zupełnie inne budownictwo niż na znanym nam już dość dobrze Mazowszu.
Rezydencja Kawieczyńskich wybudowana została w 1889 r. i przechodziła następnie z rąk do rąk - na początku XX w. należała do Żyda Nojmana, później do J. Listkiewicza. W 1937 r. właścicielem posiadłości był J. Grodziecki, a 2 lata później niemiecki dzierżawca. Po wojnie majątek przejął Skarb Państwa Polskiego, a od lutego 1946 Państwowa Nieruchomość Ziemska. Trzy lata później został przekształcony w PGR.
Niestety im bliżej podchodzimy, tym widok dworu staje się smutniejszy. Środkowa część budowli wygląda, jakby ktoś właśnie zaczął wyburzać ją olbrzymim buldożerem. Nie wiemy czy jest to efekt celowego działania czy jedynie skutek wieloletniego niszczenia obiektu. Posiadłość jest w rękach prywatnych i jeszcze 2 lata temu można byłoby zobaczyć całą bryłę tego interesującego neobarokowego budownictwa, przynajmniej od jej frontowej strony (zdjęcia np. tu: https://fromtheshadow.flog.pl/wpis/11565382/opszczony-dwor-w-kawecinie). Nie możemy podejść do samego dworku, gdyż jest on odgrodzony taśmą. Zresztą nie wiemy czy byłoby to bezpieczne. Jeszcze chwilę przyglądamy się bocianiemu gniazdu na wieży z zegarem, drzewu wyrastającym ze środka budowli i poganiani przez 3 małe waleczne pieski pomiędzy kolejnymi dziesiątkami krów opuszczamy teren dawnego PGRu. Kilkaset metrów dalej dochodzimy do kolorowych małych bloków wyrastających w nienaturalny sposób z bezkresnych kawęcińskich pól. Biega tam gromada dzieciaków, dla których widocznie nie jesteśmy codziennym widokiem. Otaczają nas i przez jakiś czas towarzyszą nam idąc za nami krok w krok. Jeden chłopak nie spuszcza nas z muszki swojego karabinu "NERF". Gdyby tylko zdawał sobie sprawę z tego, jak dużą rolę odegra w naszej dalszej wędrówce... Jego kontrowersyjne zachowanie wywołuje ok. 2-godzinną żywą dyskusję między nami. Nasze spory przebiegają od różnic poglądów na temat intuicyjnego i racjonalnego podejścia do ludzi, możiwości określenia i determinacji ich zachowań już po bardzo krótkim kontakcie, poprzez monarchizm, konserwatyzm, liberalizm i socjalizm oraz dlaczego Artur popiera je wszystkie naraz, aż do kolejnych już dzisiaj rozważań jak bardzo miejsce urodzenia i zamieszkania w dzieciństwie wpływa na całe nasze dalsze dorosłe życie.
W międzyczasie docieramy do miejscowości Budyń i jej neoklasycystycznego pałacu. Wybudowany w 1898 r. pałac jest piętrowym budynkiem na planie prostokąta, jego wejście poprzedzają schody z portykiem kolumnowym. Obecny właściciel prowadzi duże gospodarstwo i budynek dawnego pałacu (przynajmniej zza ogrodzenia) wygląda na bardzo zadbany. Przemierzamy kolejne popegieerowskie osiedle oraz blok, w którym mieszka sołtys Budynia i kierujemy się na Jarzębieniec. Tam zastaje nas scenka jak z filmów Smarzowskiego - przed małym popegieerowskim budynkiem, przy stoliku siedzą trzy smutne osoby, nic nie mówią, patrzą niewidzącym wzrokiem w przestrzeń a w eter płynie huk rytmów disco - polo...
Za Jarzębieńcem przechodzimy wśród łąk, małych jeziorek i kolejnych ceglanych budynków z zamurowanymi oknami aż docieramy do Plewna. Tam urządzamy kolejny postój. Jednak krótki, gdyż powoli zbliża się wieczór, a chmary komarów i ujadający za płotem pies nie skłaniają nas do długich przesiadywań.
Ruszamy na północny-wschód i po 19-tej docieramy do Biechowa. Złota godzina sprawia, że otaczający nas krajobraz wygląda pięknie i nierealnie. Stajemy od czasu do czasu i próbujemy uchwycić te momenty przy pomocy migawki. Nie jest to proste.
Niektóre z naszych nóg są już bardzo zmęczone. Asia znów ostro wyrywa naprzód. Momentami znika nam z oczu. Bez zastanowienia przecina szosę, w którą mieliśmy skręcić i pędzi na Dólsk. My lecimy za nią co tchu, aby ją zawrócić. Nawet nie wpadamy na pomysł, by do niej zadzwonić. Widocznie zmęczenie ogarnia już nie tylko nasze ciała, ale i umysły. We trójkę ustalamy, że być może taka wersja trasy będzie nawet lepsza - nieco dłuższa, ale zamiast iść szosą pójdziemy polną drogą. W Dólsku Asia na nas czeka i z nadzieją w głosie pyta jaki numer. Uświadamiamy ją, że nie nocujemy w Dólsku tylko w Małym Dólsku, a to jeszcze kawałek. Nie jest zachwycona. Kilka minut później zaczynamy odliczanie: jeszcze 100 metrów, 90, 80... 30, 20, 10. Jest! Znowu się udało! Mamy w nogach 50 km!
I jesteśmy w szczerym polu...


Zdjęcia Artura, Grzegorza i Uli:


Tuchola. Godzina 6.15.



Ruszamy!



Trasa Tuchola - Świecie. Przebudowa w toku.



Asia po dwóch kawach wyrywa do przodu...



...chłopcy dzielnie próbują dotrzymać jej kroku.



Las. W drodze z Rudzkiego Młyna do Dużej Huty.




Bory Tucholskie.



Bory Tucholskie. Las na południe od Białego Błota.



Jezioro Miały



Jezioro Gwiazda



Jezioro Miały.



Mostek między Jeziorem Miały a Jeziorem Gwiazda



Jezioro Wielkie Cekcyńskie



Jezioro Wielkie Cekcyńskie



Perkoz zausznik



Postój nad Jeziorem Wielkim Cekcyńskim.



Tym razem nie zajrzymy niestety do miejscowości Teolog. Artur jest niepocieszony.



Pola kukurydzy przed Wełpinem.



Pola żyta przed Wełpinem.



Zielone pola przed Wełpinem.



Nuda...



...nic się nie dzieje...



...w ogóle brak akcji jest.





Wełpin na horyzoncie.



Wełpin. Pszczoły intensywnie pracują nad miodem lipowym.



Bagienka w okolicach Wełpina.







Żuraw pod Kosowem.









Żółtym szlakiem - z Kosowa do Rykowiska.



Postój na rozstaju dróg.



Zasłużony wypoczynek. Baton energetyczny i ruszamy dalej!



Samotna brzoza...



...pada zdominowana przez sosny.













Nora. Borsucza?








Wyschniete bagno - parno, komary, pokrzywy...


Brzeziny przed Rykowiskiem. 







Nieprzyjemny odcinek wzdłuż trasy nr 240 (Tuchola - Błądzim)


Miody. Bardzo bardzo trudny wybór.



Błądzim. Dzień jak co dzień.


Pole w drodze z Błądzimia do Koziego Borku



W drodze z Koziego Borku do Siemkowa



Droga do dworu w Kawęcinie.



Dwór w Kawęcinie. Bardzo smutny widok.


Opuszczamy Kawęcin. Żurawie kierują się w przeciwną stronę - na zachód.



Pałac w Budyniu.



Budyń. Sołtys mieszka w tym oto zielono-żółtym bloku!



Złota godzina w Blechowie.











50 km. Szczere pole.


Pięćdziesiąt km w nogach! Znowu się udało!!!

czwartek, 14 czerwca 2018

03.06.2018 - Żurawin - Żurawinek - Sulkowo Rzeczne - Sulkowo Bariany - Obręb - Cieślin - Grodnia - Zdziembórz - Winnica - Bądkowo Jeziorne (23,5 km)

Uczestnicy: Grzegorz B., Artur K., Andrzej T., Ula P.

Kroniki Uli ciąg dalszy:

Budziki nastawione na 8.00. Jednak już dużo wcześniej słońce zaczyna zamieniać nasze namioty w małe sauny. Powoli wszyscy wychylamy nosy na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza jeszcze przed planowaną pobudką. Ku wielkiej radości części z nas okazuje się, że tuż przy naszym biwaku jest zejście do Skrwy! Na pierwszy ogień idzie Andrzej udowadniając wszystkim wreszcie, że zakup ręcznika w Sierpcu był słuszną inwestycją. Potem kąpie się Ula, instruowana z brzegu jakimi stylami ma pływać. Grześ odważa się zanurzyć do kolan.
Po kąpieli urządzamy śniadanie. i kolejną wielką rozgrywkę w "kamień, papier i nożyce". Tym razem niekwestionowanym "zwycięzcą" obarczonym nową torbą śmieci zostaje Artur.
Zwijamy biwak ok.10-tej, gdy słońce jest już nie do wytrzymania i ruszamy w kierunku Brudzenia Dużego. Mijamy stary młyn i żurawińskie kaskady. Podążamy dalej przez pola i łąki marząc o cieniu. Już po 11-tej okazuje się, że nasze zapasy wody są na wyczerpaniu. Na szczęście bez problemu udaje nam się je uzupełnić w przydrożnym domu za Żurawinkiem. Artur, za zgodą pani gospodyni, pozbywa się tam również porannego trofeum. Ula swoje wczorajsze dumnie dźwiga dalej.
Fragment drogi idziemy lasem, po czym znowu kluczymy po polach i łąkach. Upał się nasila, a czerwony szlak co chwila zjawia się i znika. To już nie pierwsza wycieczka, na której mamy spore zastrzeżenia do inteligencji i intencji osób wyznaczonych przez PTTK do malowania mazowieckich znaków. Powoli dojrzewamy do napisania skargi....
Dochodzimy do Obrębu i postanawiamy znowu uzupełnić zapasy wody. Niestety w jednym z domów nie słyszą naszej prośby, a w drugim pani informuje nas, że u nich nie ma wody. Zadziwieni faktem, że są miejsca na Ziemi, gdzie ludzie nie potrzebują wody do życia, dyskutując o propagandzie stosowanej przez koncerny sprzedające napoje, ruszamy dalej rozgrzaną odkrytą szosą w stronę Cieślina. Rozwijamy niesamowite prędkości wiedząc, że już za 3 km czeka nas jedyny na dzisiejszej trasie sklep!
Na miejscu okazuje się, że poza sklepem jest jeszcze bar. Rozsiadamy się szczęśliwi w cieniu przy stoliku i na przemian krążymy między sklepem a barem donosząc co chwila nowe napoje i przekąski. Chyba upał i zmęczenie dały nam się już we znaki, bo czasu do autobusu w Brudzeniu Dużym coraz mniej, a my siedzimy dalej nie mogąc się nacieszyć naszym upojnym postojem. Patrzymy na mapę i nie da się ukryć - do naszego docelowego punktu zostało ok. 9 km, a czasu ok. 100 min. Niby nie tak źle, ale Grześ postanawia nieco zweryfikować planowaną wcześniej trasę. Odłączymy się od niepokornego czerwonego szlaku i pójdziemy przez Zdziembórz.
Ruszamy przez pole. Mijamy niezwykle malowniczą dolinę Skrwy idąc wysoką skarpą, cykamy kilka zdjęć zachwycając się pięknym widokiem i wchodzimy w las. Andrzej wyrywa daleko naprzód tak, że nikt go nie widzi. Nasza grupa bardzo się rozciąga. Każdy obiera inną taktykę na złapanie autobusu. Za Zdziemborzem przekraczamy rzekę. Podchodząc pod wielką górę przyznajemy, że dotarcie do Brudzenia Dużego na czas jest już nierealne. Wspólnie obmyślamy plan B. Okazuje się on dość mętny (żar z nieba i ogromne nachylenie terenu robią swoje). Liczymy na złapanie autobusu wcześniej na trasie lub podjechanie do Brudzenia stopem. Artur z Andrzejem wyrywają do przodu i już widzimy ich na przystanku w Bądkowie. Gdy na horyzoncie zjawia się podjeżdżający autobus, nam zostało jeszcze 200 metrów. Ruszamy pędem. Znowu się udało!







Żurwin. Poranny widok z namiotu.



Żurawin. Śniadanie na trawie i walka o śmieci.



Żurawin. Biwak zwinięty - ruszamy!



Żurawińskie kaskady.



Żurawin. Stary młyn.



Żurawin. Skrwa.



Wielki błękit. W drodze z Sulkowa do Obrębu.



Sosnowy las w okolicach Obrębu.



Wierzba w okolicach Obrębu.



Droga do Obrębu.



Niekończące się wierzby przed Obrębem.



Malownicze jeziorko pod Cieślinem.



Cieślin. Nasza oaza.



Pola w Cieślinie.



Dolina Skrwy. W drodze z Cieślina do Grodni.


środa, 13 czerwca 2018

02.06.2018 - Sierpc - Kwaśno - Budy Miłobędzkie - Zglenice Budy - Choczeń - Żurawin (23,5 km)

Uczestnicy: Grzegorz B., Artur K., Andrzej T., Ula P.

Wszystko się rozwija, nasz blog również. Oto do grona zacnych kronikarzy dołącza Ula. Oddajmy jej zatem głos:

Już przed 10-tą jesteśmy w Sierpcu. Jednak atrakcje rozpoczęły się dużo wcześniej! W prawie pełnym autobusie usadowiliśmy się z tyłu, przy bardzo towarzyskim Januszu. Dzięki dwugodzinnej wspólnej podróży nasza fachowa wiedza na temat spawania, rur, rurek, rureczek, specjalistycznych papierów, egzaminów i szkoleń do tego fachu niezwykle wzrosła. Andrzej nawet kilkukrotnie był zachęcany, aby zostać pomocnikiem naszego współtowarzysza. Jako biedny doktorant, który mógłby spokojnie dziennie wyciągnąć tysiaka, poważnie rozważa zmianę branży.
Na dworcu w Sierpcu nasze drogi z Januszem się rozchodzą. Każdy rusza w swoją stronę. My - na podbój miasta. Oglądamy Parafię św. Maksymiliana Kolbego, Ratusz i Kościół pw. św. św. Wita, Modesta i Krescencji (z wbudowanym w mur głazem z symbolem solarnym, upamiętniającym stojącą wcześniej w tym miejscu przedchrześcijańską świątynię). Pod Kościołem pw. Świętego Ducha spotykamy księdza, który pozwala nam wejść do środka. Budowla ta powstała w XV w. Jest to jeden z trzech istniejących jeszcze na Mazowszu kościołów szpitalnych (od 1518 r. funkcjonował jako kaplica szpitalna przy przytułku). Wewnątrz można zobaczyć fragmenty gotyckich polichromii z początku XVI w. Udajemy się obejrzeć mleczarnię "Sierpc", a potem kierujemy się na wzgórze do Klasztoru Sióstr Benedyktynek. Jego architektura i widoki rozpościerające się na miasto robią na nas tak ogromne wrażenie, że postanawiamy ochłonąć nieco przy lampce wina domowego taty Uli pod sklepem z dewocjonaliami.
W Sierpcu odwiedzamy jeszcze niezwykle obleganą kawiarnię "U Mariusza", sklep Lidl, w którym Andrzejowi udaje się zakupić ręcznik oraz "Pizzerię Bella", w której nie możemy sobie odmówić skosztowania lokalnego Kasztelana. Piwo wypite, ława połamana - czas ruszać w drogę.
Minęła 14-ta.
Za Sierpcem mijamy Kwaśno i kierujemy się na Miłobędzin. Na mapie wypatrujemy przy czerwonym szlaku jezioro, które staje się silną motywacją do marszu w coraz większym upale. Niestety szlak zupełnie nieposłuszny mapie postanawia zgrabnie wyminąć je szerokim łukiem, idąc bliżej wijącej się Skrwy. Podejmujemy za to kilka prób znalezienia zejścia do rzeki. Niestety ręcznikowi z Lidla grozi, że nie będzie miał dzisiaj swojej premiery.
Idziemy jakiś czas malowniczym lasem, nieustannie oganiając się od komarów. Walczymy, żeby nie rozdrapywać czerwonych bąbli, a chłopaki co chwilę psikają się różnymi specyfikami. Oganiamy się wszyscy poza Grzesiem. On uparcie twierdzi, że my chyba nie byliśmy nigdy w miejscach gdzie jest dużo komarów.
W Zglenicach - Budach urządzamy sobie lunch. Najwyższa pora, bo minęła już 18-ta! Posileni i wzmocnieni organizujemy turniej w "kamień, papier i nożyce". Po zaciętej walce ostatnie miejsce zajmuje Ula, której przypada za to zaszczyt niesienia śmieci. Ruszamy dalej. W Choczeni mijamy miejsce zakończenia spływów kajakowych. Gdy docieramy do Żurawina przy remizie właśnie zwijają sprzęt muzyczny. Machają do nas i zapraszają serdecznie na kaszaneczkę. Jesteśmy najedzeni i nieco opóźnieni, więc odmawiamy. Jednak po wielokrotnych namowach ulegamy pokusie. Gościnni mieszkańcy Żurawina właśnie zakończyli obchody dnia dziecka. Okazuje się, że cały rok bardzo prężnie działają. Dostajemy zaproszenie na odpust 12-tego sierpnia oraz coroczną akcję charytatywną dla niepełnosprawnych 19-tego sierpnia. Zamiast kaszanki, której już nie ma, zostajemy uraczeni samogónką Marka. Z kolei Paweł oferuje nam miejsce na biwak na swojej świeżo skoszonej łące, tuż nad brzegiem Skrwy. Cudownie! Mijamy po drodze ceglany kościółek z magicznym źródełkiem i przy różowych promieniach zachodzącego słońca udajemy się na "naszą łąkę".






Sierpc. Wyjątkowo udany przykład drewnianej architektury. 



Kościół pw. św. św. Wita, Modesta i Krescencji. Wybudowany w miejscu pogańskiej świątyni.



Sierpc. Znak solarny wbudowany w kościół. Pochodzi z czasów pogańskich. 



Sierpc industrial. Na sprzedaż!!



Sierpc. Pozostałości gotyckiej polichromii w kościele Św. Ducha.



Sierpc. Fasada kościoła Benedyktynek.





Kulinarna rozpusta: wino, kawa, piwo...



Ława zniszczona - czas w drogę!



Okolice Bud Miłobędzkich. Młyn na Skrwie.



Bezkresne krajobrazy w okolicach Bud Miłobędzkich.



Las w okolicach Zalewu Bledzewskiego.



Zglenice Budy. Skrwa.



Uroczy mostek na Skrwie w Zglenicach Budach.


                         

Zglenice Budy. Kurczak po hindusku na późny lunch i zacięta walka w "kamień, papier i nożyce" o śmieci.



Malownicze jeziorko pod Choczenią.



Pamiętna remiza w Żurawinie.



Zachodzące słońce w Żurawinie. Przed nami upojna noc...

piątek, 1 czerwca 2018

08.10.2017 - Oborczyska - Nowe Czerwińskie - Baranowo - Jastrząbka - Zabrodzie - Grabowo - Bagienice Szlacheckie - Chłopia Łąka - Krasnosielc (25.0 km)

Uczestnicy: Artur K., Grzegorz B.

Po 11 żegnamy się z naszymi przemiłymi gospodarzami i ruszamy w drogę. Leje, koleżanki wracają do domu, żegnamy się z nimi w Nowych Czerwińskich. Deszcz zacina, zaciskając zęby, idziemy przez Baranowo ulicą Marcelego Nowotki - Baranowo najwyraźniej nie zostało jeszcze zlustrowane. Za Baranowem skręcamy w piękną leśną drogę. Po jakimś czasie wychodzi słońce, robi się przyjemnie, znów chce się żyć. We wsi Jarząbka mijamy ładny, choć opuszczony budynek nieczynnej już od lat stacji, nikt stąd już nigdy nie odjedzie, zardzewiałe tory nikomu już nie posłużą. Po dwóch  kilometrach jesteśmy już w Zabrodziu. Droga wiedzie teraz znów przez las, na zachód, do leśniczówki Krzywoszyja. Za leśniczówką skręcamy na południe - idziemy kilka kilometrów przez piękny bór. Nie rozglądamy się na boki - bardzo się nam spieszy: musimy zdążyć na autobus z Krasnosielca. Po kilku kilometrach wychodzimy z lasu, znów gnamy przez pola, mijamy wieś popegieerowską Grabowo, a po kolejnych trzech kilometrach Bagienice Szlacheckie. Jeszcze 2 kilometry i Chłopia Łąka. Już wiemy, że nie zdążymy na autobus, który miał nas zabrać z Krasnosielca do Przasnysza. Na Rynku w Krasnosielcu meldujemy się 15 minut po jego odjeździe. Tak się nam wówczas zdawało... Ale oto proszę - o 17.50 mamy kolejny autobus do Przasnysza. Wydaje się, że sprzyja nam szczęście. W oczekiwaniu na autobus możemy sobie nawet pozwolić na spożycie małej soplicy. Czekamy, czekamy, autobus  nie przyjeżdża. Nagabywane panie twierdzą, że  nie chodzi w niedzielę, choć z rozkładu wynika, że powinien być. Zaczyna się gorączkowe poszukiwanie możliwości wydostania się z tego skądinąd miłego miasteczka - Krasnosielc w XIX w. był miastem, do czasu, gdy władze carskie pozbawiły go tego zaszczytu. Miejscowość zachowała małomiasteczkową atmosferę, jej centrum stanowi duży prostokątny rynek. Miejscowe panie kierują nas do starszego pana, byłego taksówkarza, który od czasu do czasu odwozi bądź przywozi osoby takie jak my, pozbawione możliwości skorzystania z transportu publicznego, najwyraźniej zacofane. Starszy pan właśnie wrócił z kościoła - godzi się nas zawieźć do Przasnysza. Dowiadujemy się, że skończył właśnie 80 lat i był jednym z trzech taksówkarzy w Krasnosielcu. Teraz taksówek już nie ma, niemal każdy mieszkaniec kupił sobie samochód, bez samochodu nie da się tu żyć. A autobus, na który rzekomo nie zdążyliśmy, już nie jeździ, choć w rozkładzie jazdy i w internecie figuruje. Oto Polska właśnie: kraj pozbawiony infrastruktury, wyrażający brak zainteresowania wobec własnych obywateli. Z Krasnosielca nie chodzą już żadne autobusy. Cała rodzina składała się na samochód dla wnuczka naszego rozmówcy, bo musi on jakoś dojeżdżać do szkoły.
Udało się nam dotrzeć do Przasnysza i zdążyć na ostatni autobus do Warszawy. A nasi piłkarze właśnie wymęczyli zwycięstwo z Czarnogórą i jadą na mundial...Dowiadujemy się o tym w autobusie..










Baranowo w deszczu. Maszerujemy ulicą Nowotki, którego nie udało się zdekomunizować...



Okolice Jastrząbka.



Malowniczy las w okolicach Jastrząbka. 



Okolice Grabowa



Bór sosnowy w okolicach Grabowa



Bezkresne pola pod Bagienicami Szlacheckimi.