sobota, 13 lutego 2021

24.01.2021 - Młochów - Krakowiany - Żelechów - Ojrzanów - Żelechów - Pieńki Zarębskie - Skuły - Bartoszówka - Grzegorzewice - Ciemno-Gnojna - Mszczonów (34.0 km)

 Uczestnicy: Ula P., Anna S., Artur K., Grzegorz B., Stefan S.

Relacja Stefana Sz.

Pierwsza wyprawa roku 2021 zapowiada się z przytupem. Długość trasy to  28 kilometrów z możliwością wydłużenia, w przeciwieństwie do krótkiego styczniowego dnia, którego nie da się wydłużyć w żaden sposób. Dojazd do punktu startowego nie trwa więc długo - autobusem miejskim 733 docieramy do Młochowa.
Pierwszy obiekt na trasie to zespół pałacowo-parkowy w Młochowie. Styl klasycystyczny, początek XIX w. Zgodnie z ówczesną modą, odwrócony d...do ludu, t..j. frontem do parku, tyłem do wsi. Po wojnie przez pewien czas funkcjonowało tam przedszkole, potem go odnowiono, obecnie w coraz większej ruinie, przez wybite szyby widać obłażące z farby ściany i liczne flaszki po miejscowej ambrozji, winku owocowym, którym raczyła się zapewne miejscowa ludność. Ogromny park przechodzi niepostrzeżenie w Las Młochowski, nasz punkt startowy. Uprzedzając wypadki, pierwsza trasa tego roku upływa pod znakiem „spotkań z ciekawymi ludźmi”. Póki co, zagłębiamy się w las Młochowski, gdzie znajdują się dwa rezerwaty: Młochowski Grąd i Młochowski Łęg, ale zimowa aura i śnieg nie pozwala w pełni napawać się bogactwem przyrody - podziwiamy za to ogromne drzewa w Lesie Młochowskim rosnące wzdłuż urokliwej alei, zapewne kiedyś drodze dojazdowej do pałacu. We wsi Krakowiany spotykamy biegacza, któremu zimno i śnieg nie przeszkadzają najwyraźniej w joggingu. Mówi, że biega w ramach protestu antcovidowego. Pyta nas żartobliwie, w którą stronę do Warszawy (pokazujemy, że w lewo). My sami skręcamy na zachód, w stronę Żelechowa. Droga wiodąca zielonym szlakiem nie jest najlepsza, oblodzona i śliska. Nogi rasjeżdżajutsa, jak pewnym rosyjskim dowcipie. Ale oto już pierwsze zabudowania Żelechowa i idziemy prawie 2 km. normalnym miejskim chodnikiem, jak przystało na  białych ludzi. Obowiązkowy przystanek  sklep, szybki rzut oka na XVI -wieczny miejscowy kościółek, trochę nietypowy jak na późny gotyk, za to z pięknym obrazem Matki Boskiej. Zabudowania Żelechowa przechodzą płynnie w zabudowania sąsiedniego Ojrzanowa, gdzie do obejrzenia jest XIX-wieczny pałac projektu Władysława Marconiego, początkowo własność rodziny Dziewulskich,, potem Zielińskich, którzy przekazali go stowarzyszeniu PAX, obecnie w rekach prywatnych. Ponieważ musimy zboczyć nieco z naszej trasy, pada propozycja szybkiego rzutu okiem na zabytek i wycofania na z góry upatrzone pozycje. Dziewczynom marzy się jednak poranna kawa, zmierzamy więc w stronę lewego skrzydła, gdzie widać palące się światło, i wkrótce  okazuje się, że być może będzie to najtrafniejsza decyzja podjęta w tym roku. Na nasze spotkanie wychodzi pan z długą siwą brodą i inteligentnym spojrzeniem. Okazuje się, że to pan Wojciech, obecny właściciel pałacu. Szybko nawiązujemy rozmowę, okazuje się, że mamy wiele wspólnych zainteresowań, wśród których na pierwsze miejsce wybija się szeroko pojęta tematyka wschodnia. Potem zwiedzamy pałac, obecnie hotel. Szczęki opadają, bo wnętrza są utrzymane są w stanie idealnym-marmury, posadzki z cennego drewna, szerokie schody, kolumny... A pokoje...nawet te najtańsze przypominają  bizantyjskie apartamenty, szerokie łoża z baldachimem, ogromne łazienki... Nie ukrywamy zachwytu i nawet nieśmiało snujemy plany urządzenia tutaj spotkania naszej ekipy na podsumowanie dokonań roku 2020. Pan Wojtek, z którym czujemy się już trochę zaprzyjaźnieni i który jest osobą bardzo bezpośrednią, na stwierdzenie, że nie bardzo nas stać na takie luksusy, odpowiada, że wyglądamy tak pięknie biednie, że na pewno jakoś się dogadamy. Pokrzepieni na duchu i ciele ruszmy w dalszą drogę, zaopatrzywszy się przedtem w liczne smakołyki (przetwory owocowe, domowe wina, konfitury) których sympatyczny gospodarz ma cały skład. Trzymając się wciąż zielonych znaków kierujemy się doliną Utraty w stronę lasów Skulskich. Jest zimno, mokro i mglisto, a wkrótce robi się jeszcze bardziej zimno, mokro i mglisto, z naciskiem na słowo „mokro”: szlak przecina niewielką rzeczułkę o trochę dwuznacznej nazwie Pisia. Normalnie jest to ciek półmetrowej szerokości, ale po ostatnich opadach śniegu zmienił się w rozlewisko. Zanim zdecydujemy się, czy forsować to w bród czy szukać suchego miejsca, większość z nas ma już przemoczone buty i po prostu przechodzimy jak leci, kierując się w stronę pobliskich domostw, chociaż nie jest to słuszny kierunek. Na szczęście znajdujemy widoczną na mapie drogę  w kierunku wsi Skuły i znajdujemy nasz szlak, trochę przypadkowo, bo poprowadzono go inaczej, niż pokazuje mapa. Pytamy o drogę napotkanego mężczyznę, on sam nie bardzo wie, ale i tak największe zainteresowanie budzą prowadzone przez niego dwa kudłate psy, każdy wielkości sporej owcy, bardzo spokojne na szczęście. W zapadającej już ciemności docieramy do Skuł, robimy mały postój i degustację płynów rozgrzewających, bardzo nieprzystojnie, bo przy stoliku na terenie XIV-wiecznego kościoła.
W dalsza drogę, już po ciemku, ruszamy szosą Skuły- Grzegorzewice. W Grzegorzewicach  jest kolejny, XIX -wieczny pałac (jakoś nam ten dzień upływa pod znakiem pałaców). Niestety brama jest zamknięta, w ciemności majaczy tylko jakieś oświetlone okno. Tak więc, pocałowawszy klamkę, kierujemy się w jedynie słusznym kierunku, t.j szosy do Mszczonowa. Czeka nas niestety 6 km szosowania. Piosenka „Jak dobrze nam głęboką nocą wędrować jasną wstęgą szos” powstała jednak przed nastaniem boomu motoryzacyjnego. Koniec lasu, przejście nad autostradą A-2 i już przedmieścia Mszczonowa i najbardziej wredny odcinek dzisiejszej trasy  (z całym szacunkiem do „mokrego” forsowania rzeczki Pisi), wśród ponurych, gigantycznych magazynów różnych sieci handlowych, z całymi tabunami TIR-ów, na szczęście dziś głównie stojących. Jeszcze kawałek miastem, nieco jakby sympatyczniejszym, i już rynek z przystankiem autobusowym. Koniec, w dzisiejszych okolicznościach przyrody trasa wyciągnęła się do 34 km. Zamiast planowanego busika o 18.10 musimy czekać na  ostatni o 20.00. Na czarną godzinę zachowaliśmy jeszcze rum i węgierską śliwkóweczkę, a ponieważ po 34 km wydaje się, że ta godzina właśnie nadeszła, pozostałe do odjazdu busa pół godziny poświęcamy na degustację. Po 20.00 chwila niepewności, przyjedzie czy nie... (pada propozycja, że jakby co, to tylko 12 km do Żyrardowa, do stacji kolei żelaznej...). Na szczęście przyjeżdża, pakujemy się do ciepłego pojazdu, wysiadka na Al.Krakowskiej. Trochę czuje się te kilometry ( z czego połowa w przemoczonych butach), ale warto było, mamy superciekawy kontakt w Ojrzanowie. Na pewno tam kiedyś wrócimy.



Pałac w Młochowie. Wybudowany w 1804 roku dla Walentego Sobolewskiego. Nakierowany, zgodnie z ówczesną modą na park, odwrócony od wsi. Czterokolumnowy portyk to tylko dekoracja, wejście jest od drugiej strony. 



Nasza grupa gotowa do wymarszu. W tle oficyna pałacu w Młochowie. 
 


W pobliżu pałacu rozciąga się wspaniały park. Założony w połowie XIX wieku, został gruntownie przekształcony przez słynnrgo projektanta ogrodów Waleriana Kronenberga. 



Malownicza droga przez Młochowski Las



Podążamy w stronę Żelechowa. 


 
Żelechów. Kościół Zwiastowania NMP, późnogotycki, wielokrotnie przebudowywany.



Pałac w Ojrzanowie. Wybudowany pod koniec XIX wieku przez Władysława Marconiego. Obecnie gustownie urządzony ośrodek konferencyjno-wypoczynkowy. 



Po wejściu do pałacowej restauracji czekały na nas liczne lokalne przysmaki. Zdjęcie Uli.



Uroczy pan właściciel pałacu w Ojrzanowie i nasza grupa. 



Dramatyczne poszukiwania przeprawy przez rzeczkę Pisię, która w tej porze roku rozlewa się bardzo szeroko. 



Okolice Pieńków Zarębskich. Zdjęcie Uli.



W drodze do Skuł. Zdjęcie Uli. 



Chwila odpoczynku. Musimy się śpieszyć. Ściemnia się. 



Piękny, drewniany kościółek pw. św. św. Piotra i Pawła w Skułach. Wybudowany w XVII w.

niedziela, 6 grudnia 2020

28.11.2020 - Łosice - Rudnik - Łepki Stare - Suchodołek - Rogóziec - Sosenki-Jajki - Mordy (22.0 km)

Uczestnicy: Ula P., Artur K., Marlena F., Stefan Sz., Edyta O., Grzegorz B.  

Relacja Stefana Sz.: 

Ciężka próba wstania o 6,00....(udana). Wjazd z dworca Śródmieście, pociąg KM do Siedlec. Póki co jest 5 osób, jeszcze w majestacie prawa mieścimy się w limicie antycovid. Pociąg pustawy, można dyskretnie zdjąć namordnik. W Siedlcach przechwytujemy Edytę, to już nadkomplet, co wymaga wzmożenia czujności. Busikiem bezproblemowo do Łosic i już można na trasę - przedtem zwiedzanie miasta, tradycyjnie zaczynające się wizytą w sklepie dla uzupełnienia różnej maści zapasów. Miasto jest mocno rozkopane, ale fajny rynek. Niektórym marzy się poranna kawa, co jak wiadomo może być trudne w obecnych okolicznościach przyrody. W jednym z przybytków gastronomicznych negocjujemy zamówienie kawy i wypicie w odległości 2 m od bufetu, chociaż nie wiadomo, czy uda się wypić chociażby na ulicy. Pokrzepieni i rozgrzani udajemy się nad pobliski stawek w celu pierwszej degustacji płynów rozgrzewających. Rumuńska jabłkóweczka konkuruje z nalewką malinową (konkurencja nie zostanie rozstrzygnięta nawet w pociągu powrotnym). Robimy pamiątkowe zdjęcie przy zabytkowym kutrze, chociaż największe zainteresowanie wzbudza naklejona na nim kartka z napisem wyrażającym negatywną opinię o pewnym panu ze sfer rządowych. Pierwsze kilometry trasy nie są zbyt atrakcyjne, z braku innych możliwości musimy iść dość ruchliwą szosą, przydrożną atrakcją jest imponujących rozmiarów drzewo rosnące obok, tak wielkie że nawet trudno rozpoznać gatunek. Po dłuższych dywagacjach dochodzimy do wniosku, że jest to lipa, iście czarnoleska. Jeszcze mostek na rzeczce Tocznej i można wreszcie zagłębić się w las(przedtem jeszcze zdjęcie naszych łepków koło wsi Łepki). Las jest niestety monstrualnie zaśmiecony i niezbyt duży. Wkrótce miejscowość Łepki Stare – jest tu tablica upamiętniająca zrzuty sprzętu dla partyzantów z BCh podczas wojny. Zagaduje nas miejscowa babcia, mówi o łosiach i dzikach, urządzających ostatnio wizyty we wsi, potem opowiada o dowódcy partyzantów odbierających wspomniane zrzuty(mieszkał do końca życia w tej wsi, zmarł niedawno), ale nie wyraża się o nim zbyt pochlebnie. Niezręczne wypytywać o szczegóły, ale twierdzi tylko, że „to niedobry był człowiek”. Teraz już przed nami bezkres mazowieckich pól, zeszpeconych niestety jakimiś halami czy raczej fermami, sądząc po zapachu. Popas w niewielkim lasku w zapadającym zmroku, naleweczka oczywiście, i wsie Wypychy, Roguziec, Sosenki...Zaznacza się jakoś brak mocnego akcentu w tym dniu, ale spożyte naleweczki i przebyte kilometry widać robią swoje, więc pada propozycja komponowania tekstów z wyrazami wyłącznie na literę „m”, na cześć miasta Mordy, ostatniego na trasie. No i rusza lawina twórczości. Nie sposób zapamiętać wszystkiego, ale tak z co pikantniejszych tekstów, cytując z pamięci: „ młode mężatki mistrzowsko masujące muskuły miejscowych mężczyzn musem malinowym „ „.mnóstwo miłych momentów, mało meneli, mili młodzieńcy,mądrzy mieszkańcy-mędrkujący miejscami” „ miłe miasto Mordy mami mnóstwem możliwości „ „miłe masaże miejscowych mężatek” i wiele innych, nowe propozycje mile widziane. Ostatni odcinek wypada szosą, w ciemności i zaczynającym padać śniegu. Twórczość pod wezwaniem litery „m” towarzyszyć nam już ma do końca. O dziwo, naruszając wieloletnią tradycję, docieramy na stacje ponad dwie godziny przed czasem. Czymś się trzeba zająć, idziemy więc na posiłek do pobliskiej stacji benzynowej, a następnie na zwiedzanie miasta Mordy. Z ciekawostek są tu tajemniczo majaczące w ciemności ruiny pałacu i nieco dziwny pomnik na rynku, przedstawiający zagadkową postać kobiety dosiadającej niedźwiedzia, w koronie, i rozkładającej ogromne ręce. Sesja zdjęciowa w sypiącym śniegu i do pociągu. Miły pan konduktor twierdzi, że pierwszy raz widzi tak dużą grupę ludzi w wagonie(?). Przesiadka w Siedlcach, pożegnanie z Edytką i już w prawie pustym pociągu do Warszawy, gdzie dalszy ciąg rywalizacji jabłkówka – malinówka, z toastem za powodzenie odbywającej się w Warszawie kolejnej demonstracji kobiet. I już Warszawa – Śródmieście i koniec przedostatniej zapewne w tym roku wyprawy.

 

Nasza grupa na tle zabytkowej łodzi Ełki, skonstruowanej pod koniec lat 50. XX wieku. To podobno jedyny zachowany egzemplarz. 

 

Dzisiaj od polityki nie da się uciec nawet w Łosicach... 

 

Malowniczy zalew w Łosicach. Zdjęcie Uli. 

 

Kościół p.w. św. Zygmunta w Łosicach wybudowany na początku XX w.  

 

Wyjątkowy przykład pomysłowej utylizacji pobożnych odpadów... 
 
Chwila przyjemności nad zalewem. Artur przygotował nie lada atrakcję: rumuńską jabłkówkę!
 
Okolice wsi Rudnik. Rzeczka Toczna.



Okolice Suchodołka. Zdjęcie Uli.

Ponure mazowieckie krajobrazy... Wszyscy tak je kochamy. Zdjęcie Uli.

Od błotnistych dróg nie możemy się dziś uwolnić. Zdjęcie Uli.

Mordy, pięknie odnowiony rynek. A na rynku dziwny pomnik, którego przesłania do końca nie rozumiemy. Zapewne odwołuje się do miejscowych legend... Zdjęcie Uli.



Piękny rynek w Mordach w śniegu. Zdjęcie Uli.







sobota, 31 października 2020

24.10.2020 Dęblin - Stężyca - Kletnia Stara - PKP Życzyn (19.8 km)

 

Uczestnicy: Grzegorz B., Magda G,.Asia P,. Marlena F., Ula P., Artur K., Łukasz P., Stefan S.


Stefan Sz. zwany Tyćkiem pisze:

O godz. 8,00 spotykamy się na dworcu Centralnym, jeszcze przed rozpoczęciem trasy łamiąc kilka (nawiasem mówiąc, mało sensownych) tzw. obostrzeń antycovidowych. Od dzisiaj nie można urządzać zgromadzeń większych, niż 5 osób. Jest nas póki co siedmioro (potem dołączył i zaczyna się nerwowe rozglądanie, której to dwójki jest za dużo, a i umaseczkowienie grupy przedstawia co nieco do życzenia. Pociąg jedzie z Bydgoszczy, na szczęście przyjeżdża punktualnie. Pakujemy się do trochę pustawego wagonu, można dyskretnie zdjąć namordnik (sorry, maseczkę). Dojeżdżamy szybko,pogoda jest na granicy deszczu, ale w Dęblinie na szczęście nie pada. Koło dworca duża restauracja, w której kiedyś biesiadowaliśmy z grupą Grzesia R. na zakończenie„Polesia”. Dziś nie pobiesiadujemy  (obostrzenia antycovid, cholera), o porannej kawie można zapomnieć.

Nieco dalej dwa duże, stare drewniane budynki. Być może pozostałość po przedwojennych Żydach, którzy budowali w małych miasteczkach takie domy przeznaczone do zamieszkania przez kilka rodzin. W okolicach Warszawy można je jeszcze zobaczyć m.in. w Józefowie i Mińsku Mazowieckim.

W planach mamy zwiedzanie Starówki i pozostałości Twierdzy Dęblin, który zwał się wtedy Iwangorodem. Do Starówki nam nieco”nie po drodze”, kończy się więc na twierdzy. Ponieważ ciągle urzęduje tam wojsko, możemy obejrzeć przez płot tylko mały fragment – na jednym z budynków widzimy ciekawy element architektoniczny, oryginalny ornament otaczający okna. Aparaty idą w ruch, trochę ryzykownie, bo to jednak wojsko, o czym świadczą stojące za płotem przyrdzewiałe transportery pływające TOPAS. Potem pierwsza naleweczka - jest co świętować-urodziny Kierownika, imieniny dwóch dziewczyn i zdobycie licencji pilota (przez niżej podpisanego). Kolega Kierownik obowiązkowo zapodaje z przewodnika podstawową wiedzę o tym, czym tu się należy zachwycać.

Opuszczamy miasto kierując się w kierunku Wisły i czerwonego szlaku wiodącego wałem przeciwpowodziowym. Po drodze jeszcze fragment twierdzy i tylko wał, wał, wał...Trochę ten wał musiał się rzucić uczestnikom na głowę, bo zaczynają się harce i swawole na wale – jakoś motyw wału nie chce się od nas odczepić. W końcu pada propozycja żeby pokazać na wale wała [.....](autocenzura), co ochoczo czynimy. Jakby w nagrodę, zaczyna się wypogadzać i pokazują wspaniałe widoki: szeroko rozlana Wisła z malowniczymi wysepkami, po drugiej stronie rozległe łąki z ogromnymi drzewami w kolorowej, jesiennej szacie. Krótki postój nad brzegiem Wisły, dość błotnisto, autor zaliczył dachowanie na błocie jeszcze przed kolejną naleweczką. Wreszcie Stężyca – schodzimy z wała, to znaczy, sorry, z wału, w kierunku miasteczka, gdzie do obejrzenia są dwa kościoły: Jeden z nich to XV-wieczny późny gotyk, dość monumentalna budowla, niestety nie da się zajrzeć do środka (zamknięte z powodu covida?). Drugi, XVIII-XIX w. jest niezbyt ciekawy architektonicznie, za to z budzącym nieco dziwne skojarzenia pomniczkiem Matki Boskiej, ona chyba tylko depcze węża, ale już autor tego dzieła coś widać niespecjalnie ruszył głową.

Opuszczamy ostatni na trasie przybytek cywilizacji i zagłębiamy się w las Borki. Nareszcie przestaje obowiązywać antycovid i przyjemny jest widok twarzy nie przysłoniętych szmatami, t.j. maseczkami. Las nie jest zbyt duży ale urokliwy. Udaje się znaleźć kilka grzybków, wkrótce wieża widokowa,a może myśliwska, za nią rozległe łąki aż po horyzont. Do tego pełne słońce, absolutna blacha! Zalegamy na skraju pola kukurydzy, naleweczka oczywiście, plus szybka herbatka i dalej wałem....to znaczy groblą (ciekawe, jak motyw wału zdominował ten dzień), wśród typowo mazowieckich krajobrazów, z wierzbami na miedzach, laskach, piaseczkach, pastuszkami z krowami...No cóż, właśnie minęliśmy granicę województwa mazowieckiego... Słoneczko lirycznie zachodzi...Mijając wieś Kletnia Stara, piaszczystym pagórkiem podążamy już prosto do Życzyna. No, może nie do  końca prosto. Wygodna droga, widoczna również na carskiej mapie z 1915 r., niespodziewanie skręca, co w zapadającym zmroku zmusza nas do krzalowania po bezdrożach, a godzina odjazdu pociągu zbliża się nieubłaganie. Na szczęście obok biegnie wał....nie, naprawdę przepraszam, nasyp kolejowy, który doprowadza już prosto do stacji Życzyn. Do odjazdu pociągu zostało 5 min. - zdaje się, że zdążanie na pociąg w ostatniej chwili jest już tradycją (nie tylko tej) ekipy. W pociągu jeszcze incydent medyczny konduktorki z dwoma pijaczkami, co nawet zmusza do interwencji naszą Kochaną Panią Doktór, t.j. Marlenkę oraz policję, wskutek czego nasz pociąg ma „tylko” pół godziny godziny opóźnienia.. Dalsza jazda przebiega już bez problemów, za to oczywiście z dyskretną naleweczką. Zakończyła się wyprawa, a wraz z nią mój debiut w ekipie PPM.

 

Jesteśmy na dworcu w Dęblinie. Nie ulega wątpliwości, że zgodnie z właśnie wprowadzonym przepisem prawnym jest nas za dużo...

 


Stacja Dęblin (zdjęcie Tyćka) 


Orientalne ornamenty budynku z kompleksu twierdzy Dęblin (zdjęcie Tyćka)


 Proszę Państwa - oto dereń! (zdjęcie Tyćka)

 

Nasz kolega zdobył licencję pilota! Pierwszy toast pijemy za jego sukces!

 

Fragmenty twierdzy Dęblin widoczne z wału


Wisła w okolicach Dęblina


Podążamy wałem w kierunku Stężycy

 

Harce i swawole na wale! (zdjęcie Tyćka)


Na wale... (zdjęcie Tyćka)


...pokazujemy wała sami wiecie komu!


Sielankowa dolina pod Stężycą


Malownicze wierzby pod Stężycą
 

Okolice Stężycy
 
 
Wał się skończył. Czas na chwilę ciszy (zdjęcie Tyćka)
 

Trzcina i rybak (zdjęcie Tyćka)


Kościół p.w. Świętego Mikołaja Biskupa w Stężycy
 

Niepokojąca Matka Boska przed kościołem w Stężycy
 

Kościół p.w. Przemienienia Pańskiego w Stężycy
 
 
Kot może zostać...(zdjęcie Tyćka)

 
Nareszcie w lesie! (zdjęcie Tyćka)


Piękny las pod Stężycą
 

Kolejne kilometry - kolejne toasty! (zdjęcie Tyćka)


W stronę Kletni Starej. Kolejny wał...


Mazowieckie wierzby


Znowu wierzba. Znowu mazowiecka.